Reklama
  • Poniedziałek, 20 stycznia 2014 (11:05)

    Po słońce na Dżerbę

Jedziemy tu wtedy, kiedy chcemy poczuć trochę lata zimą. Bo morze jest tu wciąż ciepłe, klimat łagodny i cały rok kwitnie bujna roślinność

Reklama

– W tym roku wreszcie nie będziesz musiała marznąć – powiedział mąż i zaproponował lutowy urlop na Dżerbie. Cudowne chwile lata, kiedy u nas pada śnieg, spędziliśmy w Midoun na północno-wschodnim, najpiękniejszym odcinku wyspy. Plaże były tu piękne, szerokie i pełne miękkiego piachu. Słońce, choć stosunkowo nisko, grzało bardzo przyjemnie.

– Skuszę się na kąpiel – zaryzykowałam i ochoczo weszłam do morza. Wybrzeże tu usiane jest hotelami. Wszystkie otoczone są wspaniałymi ogrodami. Popołudniami chodziliśmy na spacery, żeby je podziwiać. – W zasadzie to wystarczy tu tylko dbać o podlewanie i samo rośnie – stwierdził mąż, spoglądając na piękne, kolorowe kwiaty.

W trakcie jednej z przechadzek mąż namówił mnie na przejażdżkę konną po plaży. – Nigdy nie przypuszczałam, że z perspektywy końskiego grzbietu widać tak dużo – stwierdziłam, podziwiając nadmorski krajobraz. Wybraliśmy się też na pobliski bazar. Mąż kupił... galabiję, strój, który noszą Arabowie.

– Gdzie ty w tej długiej sukience będziesz chodził? – zapytałam zdziwiona. – A po domu, będzie mi przypominała Dżerbę – uśmiechnął się. Ja z zakupami jeszcze poczekałam.

Któregoś dnia pojechaliśmy do stolicy wyspy Houmt Souk. Miasto jest malownicze. Wszędzie białe domy z niebieskimi drzwiami i okiennicami. Najwyższymi budynkami są minarety oraz wieże kościoła św. Józefa. Wśród miejskiej zabudowy wyróżniają się stare, piętrowe zajazdy. – Nazywane są fundukami. Tutaj zatrzymywały się na zasłużony odpoczynek karawany – powiedział mąż. W centrum miasta znajduje się targ, czyli typowy suk z plątaniną uliczek pełnych sklepów, straganów i kafejek.

– Najpierw spróbujemy tutejszej kawy – zaproponował mąż. Była gęsta i bardzo aromatyczna. Pyszna. – Po takiej dużej dawce kofeiny mogłabym startować w maratonie – ożywiłam się. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej, w kierunku XV-wiecznej twierdzy Borj El-Kebir zbudowanej przy porcie. Potężne mury budowli budzą respekt i dzisiaj. Rozciąga się z nich piękny widok na port i morze. W porcie naszą uwagę zwróciły, powiązane sznurami ceramiczne dzbany. Rybak widząc nasze zdziwienie, wyjaśnił, że naczynia te służą do połowu ośmiornic.

– Widzisz, jakie to proste, wrzucasz dzban do wody i za pięć minut masz gotową kolację – tryskał humorem mąż. Właśnie na kolacji zajadając owoce morza obejrzeliśmy oferty wycieczek i wybraliśmy dwie: jedną krótszą wokół wyspy, drugą całodniową na Saharę. Podczas wyprawy dookoła wyspy odwiedziliśmy jej najciekawsze miejsca. Byliśmy w XIV-wiecznym meczecie Fadhloun w Midou i synagodze Al-Ghariba w Ar-Rijadzie, którą założyli uciekinierzy z Jerozolimy w VI w. p.n.e.

Odwiedziliśmy podziemny meczet w Sedouikech. – Sceneria jest wspaniała. Nie dziwię się, że tu kręcono sceny z „Gwiezdnych wojen” – zaskoczył mnie mąż. Ale najbardziej podobała mi się Guellala. Nazwałam ją ceramicznym miastem. Tutaj w każdym domu jest warsztat garncarski.

– Naczynia wyrabiane są w niezmieniony od wieków sposób – powiedziałam przyglądając się glinianym wyrobom o różnych kształtach. Drugą wycieczkę, po południowej Tunezji, zaczęliśmy wcześnie rano. Na początku była berberyjska wioska Matmata. Zobaczyliśmy tam wykute w skałach domy. – Nie wiedziałam, że mieszkania w skale mogą być takie przyjemne – zdziwiłam się oglądając schludne izby. W okolicy miasta Douz, na pustyni, podziwialiśmy wielkie wydmy.

Następnie pojechaliśmy zobaczyć słone jezioro Chott el Jerid. – Wygląda jak solna pustynia – patrzyłam na białą przestrzeń, zlewającą się z horyzontem Na północnym brzegu jeziora znajduje się jedna z największych w Tunezji oaza Tozeur. Tutaj przekonaliśmy się jakim darem jest woda na pustyni. Oaza, dzięki podziemnym źródłom, wygląda jak zielona wyspa.

Żal było opuszczać przyjemne ciepło Dżerby. Ale pozostała nam po niej brązowa opalenizna.

Krystyna Królikowska

Chwila dla Ciebie

Zobacz również

  • Tacuarembó na co dzień przyciąga jedynie amatorów tanga i jego legendy, Carlosa Gardela. Ale wszystko zmienia się w czasie Patria Gaucha, święta urugwajskich kowbojów. więcej

Twój komentarz może być pierwszy