Reklama
  • Czwartek, 16 lipca 2015 (11:05)

    Podróż do Kioto. Co tam zobaczyć?

Japonię nowoczesną zostawiłam za sobą, w Tokio. W Kioto szukałam tej ze starych rycin, pełnej gejsz, herbaciarni, wiekowych świątyń i ogrodów zen. By przenieść się w czasie, pojechałam do niedalekiego Kinosaki Onsen, słynącego z gorących źródeł i drewnianych gościńców. Tekst: Anna Janowska.

Reklama

Siedzę na poduszce położonej na podłodze krytej matami tatami. Za plecami mam przedziwny japoński wynalazek: samo oparcie krzesła, bez nóg, za to z jednym tylko podłokietnikiem.

Gdzie się podział drugi? Podobno zniknął, żeby nigdy niezdejmującym miecza samurajom było wygodniej siedzieć. Przede mną stół z laki tak niski, że ledwo udaje mi się wsunąć pod niego rozprostowane nogi. Jestem w liczącym 150 lat hotelu Nishimuraya Honkan, miejscu idealnym, by doświadczyć Japonii w wersji klasycznej, choć niekoniecznie dla Europejczyka wygodnej.

Gdy w końcu zdołałam się usadowić, drzwi przesuwają się i pojawia się w nich dźwigająca wielką tacę dziewczyna w jedwabnym kimonie. Mówiąc coś po japońsku, rozkłada przede mną pięknie poukładane na maleńkich talerzykach niewielkie dania. Na samym środku kładzie sporą zamkniętą muszlę związaną kokardką.

Kiedy ją otwieram, ukazuje się ukryta niczym skarb przystawka: maleńki kalmar, ośmiorniczka, zawijas z kłącza paproci i krążek marchewki przewiązany glonem. Wystawną, składającą się z niezliczonej liczby dań na jeden kęs kolację kaiseki czas zacząć.

Uczta na dwie pałeczki

Menu jest starannie wykaligrafowane po japońsku. Aiko po angielsku mówi tylko swoje imię, więc zgaduję, co jem, i zachwycam się smakiem. Przeurocza kelnerka każde z dań przedstawia po japońsku, wskazując na nie wyciągniętą dłonią. Dopiero pod koniec kolacji, czyli po jakichś trzech godzinach, dostanę przetłumaczone i ręcznie przepisane przez kucharza menu. Do tego czasu zdążą mi zdrętwieć nogi, wypiję kilka porcji sake i zakocham się totalnie w japońskiej kuchni.

Moja gospodyni za każdym otwarciem drzwi zaskakuje mnie czymś nowym. Najpierw przynosi ze sobą rozżarzony maleńki grill, który stawia na macie tatami (!) na samym środku drewnianego pokoju, i przyrządza na nim kawałki kraba, przekładając mi je potem od razu na talerz. Następnie gotuje w kącie pokoju ryż, przykrywając garnek solidną, ważącą kilka kilogramów pokrywką. Będzie jeszcze zupa, przygotowana tym razem na stole z laki, i wołowina z Kobe, pokrojona na maleńkie kwadraty i poprzekładana cząstkami warzyw, które zamieniły całe danie w kolorową szachownicę.

Wszystkie potrawy się równoważą, grają ze sobą i z kubkami smakowymi w niesamowicie smaczną grę. Podane są tak pięknie, że przed pierwszym kęsem pałeczki zawisają na dłuższą chwilę w powietrzu. Kolacja kaiseki, szczególnie w tak tradycyjnym i pięknym miejscu jak Nishimuraya Honkan, to nie lada święto. Na zawsze już ułoży mi w głowie, czym jest japońska kuchnia i że zdecydowanie nie jest nią tylko sushi. Po deserze – ryżowym puddingu na słodko z owocami w kształcie kwiatów – Aiko zaskakuje mnie po raz kolejny.

Otwiera schowaną za parawanem szafę i… wyciąga z niej moje łóżko. Rozkłada na macie materac futon, układa kołdrę i zastyga w niemym pytaniu, jaką chcę poduszkę. Jak się okazuje, ta, którą wybrałam, to ważąca dwa kilogramy makura wypchana nie pierzem, a gryką. Obok wezgłowia Aiko kładzie latarkę – to na wypadek awarii prądu i trzęsienia ziemi. Wykonując trzy ukłony, zasuwa drzwi i znika bezszelestnie niczym opiekuńczy duch tego domu.

Gdzie myśli wyparowują…

Warto było przyjechać specjalnie do Kinosaki Onsen z Kioto. Zaledwie dwie godziny pociągiem, a z wielkiego, siódmego pod względem wielkości miasta Japonii przeniosłam się w świat utkanych wokół rzeki drewnianych domostw i gorących źródeł termalnych, zwanych onsenami. Bo Kinosaki to takie japońskie sanatorium. Onsenów obudowanych publicznymi łaźniami jest tu siedem.

Kuracjusze pielgrzymują od jednego źródła do drugiego, by w każdym zażyć krótkiej, ale niezwykle gorącej kąpieli. Uliczki są pełne ludzi drepczących w bawełnianej wersji kimona zwanej yukata i japonkach na drewnianej podeszwie. Nieliczne hotele, w tym Nishimuraya Honkan, mają jeszcze źródła prywatne. Po drodze do hotelowej łaźni mijam maleńkie ogrody zaaranżowane w stylu zen i ten prawdziwy, na dziedzińcu, gdzie ścieżka biegnie po kamieniach i prowadzi łukowatym mostkiem przez szemrzący strumyk.

Łaźnia to rytuał. A ten przed zanurzeniem się we wrzątku nakazuje usiąść na maleńkim stołeczku pod rzędem pryszniców i porządnie się wyszorować. Woda w otoczonych kamieniami basenach położonych w ogrodzie paruje nawet w środku lata. Parzący ukrop bardzo szybko „wykurza” z głowy wszelkie myśli i jakiekolwiek problemy. Szczególnie gdy się wykąpie w każdym ze źródeł w Kinosaki. Chyba najpiękniejsze jest Gosho No Yu, gdzie podczas kąpieli można podziwiać kaskadowy wodospad.

W poszukiwaniu gejszy

Już następnego dnia będę tęskniła do spokoju Kinosaki… Do Kioto – ogromnej i niemal zrośniętej z pobliską Osaką metropolii – przyjechałam, by odkryć to, co zostało z dawnej cesarskiej stolicy: zamek, pałac szogunów, kilka z 1600 buddyjskich świątyń i 400 szintoistycznych chramów… A także spotkać prawdziwą gejszę. Złoty Pawilon świątyni Kinkaku-ji to symbol Kioto. Odbija się szczerym złotem w otaczającym go stawie. Ten efekt kosztował 740 mln jenów (czyli ok. 22 mln zł) – tyle wydano na jego renowację w 1987 roku. Oryginalny XIV-wieczny pawilon spłonął, podpalony przez buddyjskiego mnicha, który (podobno) dostał na jego punkcie obsesji.

Przechadzając się po spokojnym ogrodzie, gdzie każde drzewko jest starannie przystrzyżone, a ułożenie kamieni dokładnie przemyślane, na chwilę zapominam, że jestem w wielkim mieście. Przy wejściu zaintrygowana przystaję przed czerwonym automatem. W kraju, gdzie wszystko – od kawy przez zupę po bieliznę – sprzedaje się w automacie, samo urządzenie mnie nie dziwi. Zaskakuje za to rzadko spotykany napis po angielsku, wyjaśniający, że owa maszyna przygotuje dla mnie wróżbę. Zaciekawiona wrzucam monetę i już po chwili dostaję pasek papieru ze starannie wypisaną przepowiednią.

Trzeba wykorzystać szczęście.

Dzień ma się ku końcowi, powoli zapada zmrok

Ktoś dobrze znający tutejsze zwyczaje powiedział mi, że to najlepsza pora, by spotkać śpieszącą się na kolację czy wieczorne spotkanie gejszę. W Gion, jednej z pięciu dzielnic gejsz, kryją się najsłynniejsze, owiane tajemnicą i oświetlone czerwonymi papierowymi lampionami herbaciarnie. Kto chce wejść do środka, musi nie tylko wydać fortunę, ale też zadbać o to, by być poleconym. Na spotkanie z gejszą nie można pójść tak po prostu.

Za to ot tak można ją spotkać na ulicy. Mnie, niczym zjawy, mignęły przed oczami trzy. Jedna wyszła zza rogu, druga – zza drewnianych drzwi, przed którymi stanęłam, by wymienić baterie w aparacie. Przeszła tuż przede mną, stukając japonkami na drewnianych koturnach, i zanim zniknęła za przyciemnianymi szybami limuzyny, zdążyłam zauważyć, że na upudrowanym na biało karku, pomiędzy linią włosów a kimonem, miała pozostawiony niewielki trójkącik nagiej skóry.

Na trzecią gejszę specjalnie poczekałam pod tymi drzwiami. Osłaniając się czerwoną parasolką, chociaż deszczu ani słońca nie było, krokiem tak szybkim, że ledwo za nią nadążałam, szła na spotkanie, niosąc w ręku prezent zapakowany w piękny materiał zwany furoshiki.

Japoński ul i 15 kamieni

Czy nocleg może być przygodą? Mój dziś będzie, bo zdecydowałam się na hotel kapsułowy, jakich w Japonii wiele. Ale żeby było stylowo, wybrałam designerski 9 Hours. Kapsuły są tu bielutkie i nowoczesne jak na statku kosmicznym, a raczej w high-techowym plastrze miodu. Jak się później okazało, głośno w nich było jak w całkiem zwyczajnym ulu. Tuż za progiem hotelu deponuję bagaż, a w specjalnej szafce, w której znajdują się kapcie, chowam buty.

Z kosmetyczką i piżamą w ręku wjeżdżam na piętro tylko dla kobiet. Prowadzą mnie strzałki na podłodze i ścianach, a nawigacja jest prosta niczym w iPhonie: prysznic, toaleta, cisza, zakaz wchodzenia mężczyzn i strzałka wskazująca moją kapsułę. Jest całkiem pojemna – mogę usiąść po turecku i jeszcze mam ze dwa centymetry do sufitu. Są radio, światło, kontakt, zasłonka, którą można się odgrodzić od świata, i… tyle.

Jak się potem okazuje, jest też cała masa sąsiadek, które co prawda nie sapią jak lokomotywy, ale za to chodzą całą noc wte i wewte, przewracają się na boki, chichoczą i ogólnie nie pozwalają spać. Budzę się zmęczona, ale w końcu to miała być przygoda i nikt nie mówił, że będzie łatwo. Choć miałam zamiar zostać w kapsule na dłużej, już podczas śniadania zaczynam szukać hotelu z mniejszą liczbą sąsiadów… Jadę więc do Ryōan-ji – Świątyni Spokojnego Smoka – obejrzeć najsłynniejszy w Japonii ogród zen. Równiutko zagrabiony żwirek, na nim 15 głazów o różnych kształtach i wymiarach. Jednak, z której strony by nie spojrzeć, kamieni widać tylko 14. Dopiero ten, kto osiągnie odpowiedni stan skupienia i oświecenia, zobaczy 15. Kto wie, może bezsenna noc mi w tym pomoże?

Tekst pochodzi z magazynu

Pani
Więcej na temat:Kioto | Tam | kto | tokio

Zobacz również

  • Nad miastem Rio de Janeiro króluje figura Chrystusa. Ale cały stan, też o nazwie Rio de Janeiro, znajduje się u stóp Palca Boga. Może dlatego wygląda jak prawdziwy raj na ziemi. więcej

Twój komentarz może być pierwszy