Reklama
  • Wtorek, 18 lutego 2014 (15:45)

    Podróż do Nepalu: Szczyty, bogowie i demony

Najpierw wędrówka do stóp himalajskich ośmiotysięczników: przeprawa przez dżunglę, test odwagi na wiszących mostach, kąpiel w gorących źródłach i spotkanie ze stadem makaków. Potem udział w największym hinduistycznym święcie i odkrycie mikromiasta Boudhanath. Zgiełk ulic, cisza świątyń i wszechobecna feeria kolorów. Urok Nepalu to kontrasty.

Reklama

Tekst: Anna Jasińska

Czwarta rano. Wyposażona w latarkę umieszczoną na głowie, wspinam się górskim szlakiem w Himalajach. Chcę się dowiedzieć, dlaczego wzgórze Poon Hill (3120 m n.p.m.) poleca się w przewodnikach jako „absolutnie obowiązkowy punkt programu” podczas trekkingów w okolicach Annapurny.

Odpowiedź wyłania się o świcie. Poon Hill to jeden z najbardziej zachwycających punktów widokowych w Himalajach. Rano promienie słoneczne padają tam na ośmiotysięcznik Dhaulagiri pod takim kątem, że pokryta wiecznym śniegiem góra wydaje się zrobiona ze złota. Turyści zaczynają z sobą rozmawiać dopiero wtedy, gdy oswoją się już z imponującym widokiem. Misjonarz z Malezji poleca swoje rekolekcje w internecie. Nowozelandczycy częstują trunkiem z termosu. „Niemal bezalkoholowy”, zaznaczają chłopcy z antypodów. Widać już wiedzą, że picie alkoholu na takich wysokościach to błąd, ale jeszcze nie do końca zrozumieli, jak wielki (ból i zawroty głowy mogą wyłączyć amatora mocnych trunków z trasy na kilka dni). Na śniadanie do bazy w Ghorepani (2860 m n.p.m.) wracam w doskonałym nastroju, mijając kamienne schroniska z tarasami zwróconymi na szczyty.

Żałuję, że zakwaterowałam się kilkaset metrów niżej w ponurym hoteliku z widokiem na mur. Ale gdy poprzedniego wieczoru dotarłam w gęstej mgle do punktu noclegowego, wydawało mi się, że wyżej nie ma już zabudowań. Dlatego teraz jem śniadanie z tragarzami w zadymionej izbie zamiast w promieniach himalajskiego słońca na tarasie. Okazuje się jednak, że to okazja, by zdobyć „informacje dla wtajemniczonych”.

– Idziesz do ABC? (Annapurna Base Camp, baza pod Annapurną na wysokości 4130 m n.p.m., z której himalaiści atakują ten ośmiotysięcznik – red.) – pyta śniady chłopak o imieniu Kriszna, wkładając sobie ręką ryż do ust. – Zajrzyj do Chuile. To najbardziej malownicze miejsce w tej części gór. Kriszna pokazuje mi też, jak w drodze powrotnej dotrzeć do mało znanych gorących źródeł w dżungli. Wizyta w tych miejscach oznaczałaby jednak zmianę planowanej trasy.

Urwisko marzeń

Biję się z myślami. Jestem w Himalajach po raz pierwszy i dotąd trzymałam się polecanych w przewodnikach „żelaznych” punktów wyprawy na ABC. Chcę dotrzeć do celu bezpiecznie, a i tak nie narzekam na brak niespodzianek. Tuż po starcie z bazy w Nayapul musiałam wraz z grupą turystów przeprawić się przez osuwisko – kilkaset metrów „brodziłam” w mieszaninie mułu i kamieni z nadzieją, że z góry nie spłynie kolejna błotna lawina.

Do Ulleri, kolejnego punktu tradycyjnej trasy do ABC, kilkakrotnie przedzierałam się przez stada kóz i owiec pędzonych przez pasterzy do pobliskiej Pokhary – kameralnego miasta u podnóża Himalajów, skąd wyrusza się na trekkingi. – Nie ma obaw. Jest stary i spokojny – usłyszałam od pasterza, którego byk rozłożył się w poprzek wąskiej ścieżki. – Pewnie poleży tu z godzinę. Podjęłam wyzwanie i przeszłam nad grzbietem byka, choć czułam, jak skacze mi tętno. Nagrodą był nocleg w Ulleri, w schronisku położonym w najwyższym punkcie osady. Ściany mojego pokoju zrobione były ze... starych okien. O świecie budzi mnie himalajskie słońce.

Patrzę na szczyty, jedząc śniadanie w łóżku: kubek gorącej herbaty z mlekiem, imbirem i kardamonem (lokalna specjalność) i świeżo wyjęta z pieca nepalska szarlotka. Ale choć oficjalny szlak jak dotąd się sprawdzał, decyduję, że jednak posłucham rady Kriszny i odbiję w stronę Chuile. Kamienna droga zmienia się w błotniste grzęzawisko. Gdy wchodzę w las kilkumetrowych bambusów i rododendronów, ciszę rozdziera dziwny ryk. Czuję się nieswojo, bo wyczytałam, że na tych terenach pojawiają się tygrysy bengalskie. Bardzo rzadko, ale...

Na szczęście to tylko makaki. Serię ich dzikich okrzyków uznaję za dobry znak, bo tutejszym małpom zdarza się obrzucić turystę patykami. Po kilku godzinach wędrówki wśród trawy słoniowej i krzaków marihuany, docieram do Chuile i... dziękuję w myślach tym, którzy mnie tu skierowali. Samotne schronisko w dziczy położone jest nad kilkusetmetrowym urwiskiem. W dole zielona dolina. Na wprost widok na świętą górę Machhapuchhare (6977 m n.p.m.).

Nepalczycy uważają, że zamieszkują ją bogowie i nie wydają zgody na wspinaczki w jej rejonie – do dziś jest niezdobyta. Nad urwiskiem stoi ławka i stół. W absolutnej ciszy można zjeść tam śniadanie czy obiad (kolację raczej nie, bo szybko zapadają tu ciemności). Nie ma restauracji, która mogłaby konkurować z taką scenografią.

Powrót do (gorących) źródeł

Tysiąc metrów w górę, tysiąc metrów w dół. I tak kilka razy z rzędu. Kolejne dni to wędrówka na przemian w dżungli i wśród gór. Zdążyłam się przyzwyczaić do wiszących nad przepaściami mostów, w których brakuje czasem deski, i imponujących wodospadów. Nie panikuję, gdy na szlaku wygrzewa się metrowy żółtawy wąż – miejscowi twierdzą, że naprawdę groźne są półmetrowe, czarne.

Zachwycają mnie rajskie motyle wielkości dłoni. Wraz ze wzrostem wysokości robi się coraz zimniej. Gdy docieram na 3700 m n.p.m. u podnóża Machhapuchhare, wkładam na siebie wszystko, co mam w plecaku. Minus 14 stopni i ostry wiatr. Ręce drętwieją, choć mam puchowe rękawice. Zgodnie z tutejszym zwyczajem wspinaczkę do Annapurna Base Camp zaczynam w środku nocy. W ciemności wędruje razem ze mną jeszcze kilka światełek – każdy trekker ma swoją czołówkę.

Kilka godzin później stoję na wysokości ponad 4000 m otoczona przez kilkukilometrowe ściany skalne pokryte śniegiem. Jeśli można czuć się jednocześnie wbitym w ziemię i uskrzydlonym, to tak się tam czułam. Ciszę rozpraszał tylko furkot buddyjskich wielobarwnych chorągiewek modlitewnych rozwieszonych na długich sznurach. Na ziemię sprowadził mnie dopiero wielki talerz gorącego dhal bhatu (miejscowa specjalność: micha ryżu i podana osobno gęsta zupa z soczewicy). Pora na powrót i odkrycie gorących źródeł. Żeby się tam dostać, znów porzucam główny szlak i kieruję się do mało uczęszczanej bazy w Jhinu Danda.

Tych, którzy tam docierają, miejscowi uważają za wystarczająco godnych zaufania, by wskazać im drogę do „gorącej łaźni”. Z kłębów pary wyłania się ciąg skał, z których wypływa gorąca woda. Pod jednym z ujść spędzam chyba ze dwie godziny. Po kilkunastu dniach noclegów w spartańskich warunkach to miejsce wydaje się zachwycającym luksusem.

Bogowie i demony

Po powrocie z gór szukam wrażeń w Katmandu. Już podróż lokalnym autobusem z Pokhary do stolicy Nepalu podnosi ciśnienie – na wąskiej drodze zakończonej przepaścią cudem mijamy się z rozklekotaną ciężarówką. Ale tylko na turystach robi to wrażenie. Szokuje mnie też widok kóz z poderżniętymi gardłami, które leżą na poboczach. Okazuje się, że trafiłam akurat na Tihar – największe nepalskie święto. Odprawia się je ku czci bogini szczęścia Lakshmi i boga śmierci Yama.

W tym czasie zarzynanie w miejscach publicznych zwierząt na świąteczne uczty jest tu normą. Nieświadoma, jakie czekają mnie w związku z tym przeżycia, na bazę w Katmandu wybrałam Patan, najstarszą dzielnicę nepalskiej stolicy. Tutejszy Durbar Square to unikalny w skali świata zespół starych hinduistycznych budowli. Wizyta w tym miejscu przypomina podróż do zamierzchłej i tajemniczej przeszłości.

Zwłaszcza jeśli zwiedza się je wieczorem podczas Tiharu. Dołączam do tłumu, który sunie w kierunku Muzeum Patanu. Na dziedzińcu średniowiecznej budowli najwyraźniej dzieje się coś ważnego. Trafiam na moment, gdy kapłan jednym cięciem miecza odcina bykowi głowę. Tłum wiwatuje, ja blednę. Uciekam stamtąd. Składanie ofiar będzie się tu odbywać całą noc. Patan za dnia nie jest już tak złowieszczy. Podczas spaceru wytwórca mandal zaprasza mnie na herbatę do swojej pracowni. Pokazuje dwa – dla mnie niemal identyczne – obrazki. „Czemu ten kosztuje pięćset rupii a drugi pięćdziesiąt tysięcy?”, pyta podchwytliwie.

Potem pod lupą porównujemy detale. Czuję się oświecona. Teraz odróżniam już tanie, produkowane przemysłowo podróbki od arcydzieł, które mistrzowie malują czasem nawet latami. Po godzinie wychodzę z pracowni z piękną mandalą, która ma zapewnić mojemu domowi pokój. Negocjacje kończą się na kilku tysiącach rupii. Święty Spokój W Katmandu odwiedzam jeszcze centralny Durbar Square (to nie ten sam co na Patanie), gdzie znajduje się ponad 40 historycznych świątyń i pałaców. I Thamel – dzielnicę turystyczną, pełną knajpek i hotelików. Ale szybko chcę uciec od zgiełku, naganiaczy, handlarzy i nierespektujących żadnych reguł kierowców.

Siedemdziesięcioletni hipis z San Francisco poleca mi kompleks świątynny Boudhanath. Od centrum stolicy oddziela go kilka kilometrów i wysoki kamienny mur. Przekraczam zabytkową bramę i czuję ulgę. W powietrzu unosi się zapach kadzideł, słychać buddyjskie pieśni i dźwięki gongów. Żadnych aut, bo to mikromiasteczko pozbawione ruchu samochodowego. Przechodzący obok mnich pozdrawia mnie uśmiechem. Jakaś Nepalka zachęca do zapalenia z nią świeczki – kilkaset innych już się pali na żelaznym stole przy największej w Nepalu stupie.

Na cztery strony świata patrzą z niej wielkie oczy Buddy. Wchodzę do sklepu z misami tybetańskimi. Sprzedawca kładzie mi jedną na głowie i demonstruje jej uspokajające właściwości. Potem „rozpuszcza” dźwiękiem stresy i napięcia. Już wiem, że nie wyjdę stamtąd bez takiej misy (wychodzę z dwiema). Potem jeszcze w małej świątyni kręcę razem z tybetańskim mnichem dwumetrowym młynem modlitewnym w intencji pokoju. A na pożegnanie na dachu jednej z kamieniczek popijam herbatę w kawiarni z widokiem na stupę. I już planuję kolejną podróż do Nepalu.

Anna Jasińska

Więcej na temat:szczyty | San Francisco | Annapurna | camp | Square

Zobacz również

  • Tacuarembó na co dzień przyciąga jedynie amatorów tanga i jego legendy, Carlosa Gardela. Ale wszystko zmienia się w czasie Patria Gaucha, święta urugwajskich kowbojów. więcej

Twój komentarz może być pierwszy