Reklama
  • Środa, 24 grudnia 2014 (08:05)

    Poznaj Maroko

Kiedy wspominam moje wyjazdy do Maroka, wręcz fizycznie czuję dwa zapachy: miętowej herbaty i oleju arganowego. Ten drugi występuje tylko tutaj. Odkąd przemysł kosmetyczny odkrył jego cudowne właściwości odmładzające, mocno zdrożał. Kupowany przy drodze nadal jest kilka razy tańszy niż u nas. A gratis dostaniemy niezapomniany widok kóz wspinających się na drzewa. Ale Maroko oferuje dużo dużo więcej. Chce się tu wracać.

Jak dla większości naszych rodaków, moim pierwszym spotkaniem z Marokiem był Agadir. Nie jest to ani stolica, ani cesarskie miasto. Ale to właśnie tu najwygodniej jest dolecieć czarterem bez przesiadek. To najważniejszy kurort królestwa. Miejscowa zatoka wśród znawców plaż jest uważana za jedną z dziesięciu najlepszych na świecie.

Trzęsienie ziemi, które pół wieku temu zniszczyło miasto, paradoksalnie, stało się impulsem jego rozwoju. Przy okazji odbudowy powstało wiele nowoczesnych hoteli. Gdyby nie egzotyczne stroje rodowitych mieszkańców, można byłoby pomyśleć, że jesteśmy w europejskim kurorcie. Tyle że zimą w naszym klimacie nie ma tak komfortowych temperatur.

Reklama

Jednak nawet najbardziej luksusowe lenistwo może się kiedyś znudzić. Opuściłem Agadir i ruszyłem w okolicę słynącą z miodu i oleju arganowego. Niektórzy turyści narzekają na zorganizowane wycieczki, że odwiedzają drogie warsztaty i, kusząc, „zmuszają” do zakupów. Ale wizyta u rzemieślnika daje pewność, że pamiątka nie jest azjatycką podróbką.

Długo szukałem pasieki. Może dlatego, że nie są to kolorowe ule jakie znamy z naszych wsi. Ot, zwykłe kawałki drewna wydrążone w środku, z małymi otworami wlotowymi. Nieostrożny piechur mógłby w górach przejść koło takiego ula i nie zauważyć pszczół. Najważniejsze, że miód jest wprost przepyszny. Nieco inny niż nasz, bo u nas nie rosną palmy daktylowe.

Nieco łatwiej było odnaleźć producentów oleju arganowego, choć dojazd do manufaktur zajmował sporo czasu na bezdrożach doliny Sus. Olej arganowy jest u nas coraz bardziej popularny. Jego właściwości kosmetyczne wzbudzają entuzjazm pań, ale na miejscowych bazarach można kupić także wersję spożywczą, idealną do sałatek.

Przy tłoczeniu obu pracują jedynie kobiety. To żmudna i monotonna praca. Spróbowałem kręcić tradycyjną kamienną prasą. Po kilkunastu minutach udało mi się wytłoczyć zaledwie kilka kropel. No cóż, to i tak lepiej niż miałbym pracować jako rzemieślnik w Fezie. Położone na północy kraju miasto jest znane z wyrobów skórzanych.

Jednak te wszystkie paski, portfele, pufy, torby i torebeczki, zanim osiągną swoją miękkość i ko- lor, muszą być garbowane. I to tradycyjnymi metodami. Co oznacza straszny fetor rozchodzący się z różnokolorowych kadzi.

Drażni, nawet jeśli oglądamy proces oddaleni o kilka pięter. Wrażliwsi turyści nie rozstają się wtedy z gałązkami mięty, przytkniętymi wprost do nosów.

Zapachu garbarni najlepiej pozbyć się, sięgając po whisky. Oczywiście marokańską whisky, którą mogą pić nawet dzieci. Tak żartobliwie sprzedawcy nazywają zieloną herbatę z miętą. Majstersztykiem jest sposób nalania naparu z góry. Tak, by powstała pianka, a przy okazji wrzątek nieco przestygł. Pija się ją wszędzie i o każdej porze. Jak mawiają miejscowi: pijemy ją tak jak wy, turyści, pijecie whisky.

Warto przyjąć zaproszenie na herbatę. To nie zobowiązuje nas do kupienia czegokolwiek, tym bardziej do płacenia. Za herbatę płacimy jedynie w restauracjach lub kawiarniach. Kto nie lubi herbaty słodkiej, musi o tym powiedzieć jeszcze przed zamówieniem. Zwykle bowiem podaje się ulepek słodki jak miód z daktyli.

Po kilku szklaneczkach możemy stracić apetyt na marokańskie jedzenie. A bez spóbowania kuskusu czy tadżine, mięsa duszonego w przyprawach z kiszoną cytryną, pobyt w Królestwie Maroka byłby niepełny.

Podobnie jak bez wizyty na targu. Kurkuma, curry czy słynne mieszanki przypraw uderzają intensywnym zapachem i barwą. I tylko jedna przyprawa trzymana jest „pod kluczem”. Szafran bywa cenniejszy od złota. Sprzedaje się go na gramy. Nic dziwnego. Na jeden kilogram trzeba ręcznie zebrać i wysuszyć kilkadziesiąt tysięcy pręcików krokusów.

Zbiory trwają kilka dni latem. Jeszcze nie udało mi się na nie trafić. Być może będę miał więcej szczęścia w przyszłym roku. Jeśli tylko przyzwyczaję się do czerwcowych afrykańskich upałów.

Mieczysław Pawłowicz

Ile to kosztuje

Najtańsze czartery last minute znajdziemy już za 400 zł. Za tygodniowe wczasy w Agadirze trzeba zapłacić około 2000 zł. Ceny na bazarach nie są stałe, jeżeli nie są oficjalnie wywieszone. Za pamiątki targujmy się wytrwale.

Najlepsza, oficjalna strona Maroka: www.visitmorocco.com

Świat & Ludzie
Więcej na temat:Maroko | Agadir | najlepsza | warto | ceny | zbiory

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy