Reklama
  • Wtorek, 19 lipca 2016 (13:00)

    Sint Maarten. Karaibski raj na ziemi

Jeśli pamiętacie zdjęcie z widokiem jumbo jeta przelatującego tuż nad głowami plażowiczów, to jest właśnie Sint Maarten. Pas startowy lotniska w Philipsburgu sąsiaduje z plażą Maho.

Reklama

Poczuć podmuch startującego odrzutowca chce chyba każdy, kto trafia na tę podzieloną między Francję i Holandię wyspę. Plaża Maho leży właśnie w części holenderskiej. Na nieco dziwną atrakcję długo czekać nie trzeba, bo ruch na lotnisku jest spory.

Rozkład lotów można sprawdzić w barze obok. Jest wypisany na desce surfingowej Czas jest ważny dla tej części przybyszów, którzy trafiają tu ogromnymi liniowcami opływającymi Karaiby. Oni poznają wyspę w pośpiechu, bo wieczorem wypływają dalej.

Te luksusowe statki są jak miasta

Na pokładzie i pod nim jest tu wszystko do życia. Dopływają do portu codziennie i wylewa się z nich po kilka tysięcy ludzi. Bo Philipsburg jest ważnym portem na szlaku wielkich wycieczkowców.

Co przyciąga te tłumy? Chyba nie widoki i plaże (te nie są tu, jak na Karaiby, imponujące). To strefa wolnocłowa. Wystarczy zobaczyć te tłumy w sklepach oferujących wyroby luksusowych marek w atrakcyjnej cenie.

Nic zatem dziwnego, że życie tubylców chcących zarobić parę dolarów toczy się tam, gdzie lądują przybysze. Im dalej od portu i lotniska, tym spokojniej, wręcz leniwie. Bo ludzie są tu wyluzowani i pogodni. Nie widziałam, żeby ktoś się spieszył.

Sint Maarten żyje tylko z turystów, ale nie czułam się jak „bankomat” z Europy albo USA. Poruszałam się po wyspie sama i nie zdarzyło mi się choćby raz poczuć lęk. Tak, tu jest bezpiecznie, a ludzie chętnie pomagają. Bezinteresownie. Mimo że poza nielicznymi nieprzyzwoicie bogatymi rezydencjami żyją biednie.

Wyspa jest niewielka. Ma zaledwie niespełna 100 km kw. Północna, nieco większa, część jest francuska, południowa – to żywioł holenderski. Przekraczanie granicy jest bezproblemowe – jak w Unii Europejskiej. Tak samo byłoby w Europie, gdyby tylko Francja graniczyła z Holandią...

Próżno szukać tu turystycznych atrakcji. Tu liczy się bezstresowa atmosfera. Sam Philipsburg, poza sklepami wolnocłowymi, ma dwa miejsca warte odwiedzenia. To uliczny targ, gdzie jest sporo tandety i sprzętu plażowo-wodnego. Oczywiście warto tu być nie z powodu zakupów. Obserwowanie targujących się (raczej leniwie niż zapalczywie) jest przyjemnością samą w sobie.

Drugą atrakcją jest Guavaberry Factory Shop. To sklep fabryczny producenta likieru z goździków. Pierwsze wrażenie podczas degustacji nie jest zachęcające. Kolejne łyki poprawiają smak. Jeśli chcemy sprawnie poruszać się po wyspie i nie pominąć niczego ważnego, najlepiej skorzystać z pomocy mieszkańców. Ale nie tych stojących przed lotniskiem w Philipsburgu albo koło portu, przy Ruyterplein (zwanym często Wathey Square). Lepiej zagadnąć kogoś zalegającego w hamaku w cieniu palmy.

Za kilka dolarów pomoże wynająć samochód i oprowadzi. Z pewnością wybierze najlepsze auto (u znajomego), najlepszą knajpkę (prowadzoną przez znajomych) i najlepsze pamiątki (robione przez znajomych). Piszę to z przekąsem, ale naprawdę takiego wyboru nikt nie pożałuje.

Siedzę zatem obok kierowcy i słucham jego opowieści jak to Francuzi i Holendrzy dzielili wyspę. Podobno wyruszyli z tego samego miejsca. Francuz miał butelkę koniaku, a Holender – jałowcówki. Ten drugi, pokrzepiony alkoholem, miał się trochę zdrzemnąć.

Dzięki temu Francuzi mają dziś większy kawałek wyspy... Najwięcej turystów spotkamy na zachodnim wybrzeżu. Tu kursują non stop busiki i duże autokary turystyczne, tu jest najwięcej hoteli i pensjonatów. Zwłaszcza wokół laguny Simson Baai. Ja jednak wolę spokojniejszy i dziki wschód. Mój przewodnik wie, gdzie się zatrzymać, bym miała zamkniętą skałami małą plażę tylko dla siebie. I to z prywatnym ochroniarzem. I to jest najpiękniejsze – luz i spokój.

A jeśli już zwiedzanie, to tylko imponującej Farmy Motyli. Ale ona znajduje się już we „Francji”. Pozostaje tylko wracać na plażę, gdzie podmuch startujących jumbo jetów potrafi zwalić z nóg. Albo sączyć goździkowy likier. Jednak nie jest znów taki zły...

Ile to kosztuje: Oficjalną walutą na całej wyspie jest euro, ale ze względu na mnogość przypływających tu statkami wycieczkowymi Amerykanów bez problemu zapłacimy też dolarami amerykańskimi. Przyzwoity nocleg można znaleźć od ok. 40 dolarów za noc. Za pożywny obiad zapłacimy od 10 dolarów. Ceny w sklepach wolnocłowych są, jeśli chodzi o luksusowe markowe ubrania, nawet dwa-trzy razy niższe niż w Europie.

Świat & Ludzie

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy