Reklama
  • Środa, 16 kwietnia 2014 (08:00)

    Sri Lanca: Zielona łza oceanu

Przyciąga miłośników egzotyki i znakomitej herbaty. Jest marzeniem surferów, sybarytów i prawdziwych podróżników. Na wyspie, do niedawna zwanej cejlonem, każdy może poczuć się jak w raju. Chyba że nie znosi upałów… Tekst: Wika Kwiatkowska

Reklama

Jeżeli kogoś ciągnie do Azji, ale boi się brudu Indii, a jednocześnie unika masówki i hedonizmu, które oferują takie miejsca jak tajski Phuket, może śmiało skierować swoje oczy w stronę malowniczej wyspy oblewanej przez wody Oceanu Indyjskiego. Sri Lanka łączy w sobie urok rajskiego zakątka na krańcu świata z godnością krainy świadomej swojej wielowiekowej historii i znaczenia.

Apetyt na kokosy

Perła lub łza Oceanu Indyjskiego, kraj uśmiechniętych ludzi – to tylko niektóre określenia wyspy oddalonej od południowych wybrzeży Indii o zaledwie 48 km. Zniszczona północ, dostępna dla turystów zaledwie od kilku lat (po zakończeniu wieloletniego zbrojnego konfliktu z Tamilami, rdzennymi mieszkańcami tego regionu), poza powojennym krajobrazem oferuje wspaniałe hinduistyczne świątynie i pełen rozgardiaszu „indyjski” klimat.

Jadąc na południe, poznajemy inne, łagodniejsze, ale też bardziej turystyczne oblicze wyspy. Można tutaj przybyć tylko po to, aby rozkoszować się słońcem, wodą i pysznym jedzeniem. Można też postawić sobie za cel zwiedzenie wszystkich archeologicznych skarbów Sri Lanki.

Są tacy, którzy wybierają się na poszukiwania dzikich zwierząt albo spędzają dni na degustowaniu (na postkolonialnych plantacjach) dziesiątek rodzajów aromatycznej herbaty. Ja chciałam spróbować wszystkiego po trochu.

Przystanek pierwszy: Kolombo. Największe miasto, z portem lotniczym, dzielnicą eleganckich rezydencji, XIX-wiecznymi kamienicami w stylu wiktoriańskim i szerokimi ulicami w centrum, po których jednak zamiast dostojnych limuzyn jeżdżą głównie trójkołowe autoriksze, czyli tuk-tuki, najpopularniejszy środek transportu na wyspie.

Jednym z nich, uważając na głowę i mocno ściskając bagaż, przemieszczam się w stronę wybrzeża. Nareszcie – zapach spalin zaczyna przegrywać z wciąż wilgotnym, gorącym, ale pełnym tlenu powietrzem znad wielkiej wody. I widok, który uwielbiam ponad wszystko: ogromne, ale smukłe kokosowe palmy wyrastające nad samym brzegiem oceanu…

Zachodnie wybrzeże, choć piękne, ze względu na turystów usiane jest drogimi hotelami. Indywidualiści powinni kierować się na południe – nie mniej zjawiskowe, a zdecydowanie słabiej zagospodarowane przez przemysł turystyczny. Mekką surferów jest z kolei najbardziej dzikie, wschodnie wybrzeże, a zwłaszcza zatoka Arugam.

Spokój doskonały

Po kilku dniach leniuchowania, podczas których największą ekstrawagancją jest dla mnie delektowanie się na plaży homarem popijanym sokiem ze świeżo ściętego kokosa, ruszam do interioru. Szalony Lankijczyk, który najwyraźniej nie chce pamiętać o tym, że jego bus został wyposażony w hamulce, zawozi mnie do świętego miasta Anuradhapura.

To pierwsza stolica królestwa Syngalezów, założona w III w. p.n.e. Na ogromnym terenie wędruję pomiędzy pozosta- łościami ozdobionych reliefami królewskich basenów, pałaców i najstarszych na wyspie świątyń w kształcie czaszy dzwonu, zwanych tutaj dagobami. Nie mogę się oprzeć i robię zdjęcia mnichom buddyjskim – ubrani w pomarańczowe szaty kontrastujące z bielą dagob wydają się nie mieć świadomości, jak łakomym kąskiem są dla nas, nieposkromionych „utrwalaczy” egzotyki w każdym jej przejawie…

Chwila zadumy przed świętym drzewem Bo (lub Bodhi), które ponad dwa tysiące lat temu urosło tu z pędu figowca, pod którym Budda doznał w Indiach oświecenia, i czas ruszać dalej. Polonnaruwa to kolejna historyczna stolica kraju i jeszcze jeden obiekt wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

W XII w. powstało tu otoczone potrójnym murem bajkowe miasto ogród, w którym pałace i świątynie wtopiono w krajobraz. I choć czasy jego świetności dawno przeminęły, to miejsce wciąż onieśmiela, ukazując ślady kunsztu syngaleskich budowniczych oraz rzeźbiarzy.

Nawet jeżeli ktoś pozostaje obojętny na ruiny, nawet urokliwe, nie wierzę, aby mógł być nieczuły na ponadczasowe piękno, jakim jest wykuty w skale kilkunastometrowy posąg Buddy pogrążonego we śnie. To absolutne „must-see”. I nie trzeba być ani buddystą, ani w ogóle człowiekiem szczególnie religijnym, aby poczuć emanujący z tej rzeźby doskonały spokój…

Takiego wrażenia nie zrobiły już na mnie kolejne oglądane na wyspie posągi Buddy – i nie mówię o współczesnych betonowych potworkach, ale nawet o tych słynnych, wykutych w grotach świątyń w Dambuli.

Kamienny lew i święte słonie

Kiedy o poranku zaczynam się wspinać po wąskich schodach na niemal 200-metrową skałę Sigirija, na której szczycie znajdują się ruiny twierdzy i pałacu z V w., myślę, że będzie to nie lada wyczyn. Okazuje się jednak, że dla każdego, kto choć trochę otarł się o nasze rodzime tatrzańskie szlaki, wejście na Lwią Skałę to zaledwie rozgrzewka.

A widok z góry na ciągnącą się aż po horyzont, przypominającą sawannę wyżynę jest niezapomniany. To tutaj 18 lat spędził samozwańczy król Kassapa – mimo że niedostępny w swojej twierdzy, i tak zginął w walce o tron.

Podążając szlakiem obiektów z listy UNESCO, docieram do Kandy. W tym mieście znajduje się Świątynia Zęba, w której przechowuje się najważniejszą relikwię kraju – ząb Buddy. Jednak duchowe uniesienia odczuwam bynajmniej nie w miejscu kultu, ale kilkadziesiąt kilometrów dalej, w niepozornej miejscowości Pinnawela, gdzie od 70 lat działa sierociniec dla słoni.

Widok tych olbrzymów pławiących się w wodzie przez bite dwie godziny hipnotyzuje – jednocześnie wzrusza i onieśmiela. Po tym spotkaniu rozumiem, dlaczego słoń to symbol Sri Lanki.

Cejlońska herbata to główny produkt eksportowy wyspy. Jej rodzaj i kolor zależą od wysokości, na której rośnie. Z uprawianej powyżej 1200 m n.p.m. uzyskuje się najszlachetniejszą barwę i aromat. Pierwsze plantacje założyli na wyspie Brytyjczycy w XIX w.

Warto zwiedzić którąś z nich, np. słynną fabrykę sir Thomasa Liptona, aby zobaczyć cały proces powstawania herbaty (od sortowania liści poprzez suszenie aż po paczkowanie) oraz wciąż sprawne maszyny z czasów wiktoriańskich.

A o poranku obserwować tamilskie kobiety, które zbierają młode listki (od 16 do 20 kg dziennie) z przycinanych do wysokości metra krzewów, pokrywających wzgórza niczym gęsty, intensywnie zielony dywan.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani
Więcej na temat:Sri Lanka | Budda

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy