Reklama
  • Poniedziałek, 22 czerwca 2015 (13:00)

    Wietnam. Egzotyczna mieszanka tradycji, nowoczesności i komunizmu

Chodząc po ulicach największego miasta Wietnamu, próbuję przypomnieć sobie z filmów obrazki amerykańskiej kapitulacji i ówczesny wygląd Sajgonu. Ale Sajgon padł i przestał istnieć. Przynajmniej oficjalnie narodził się jako Ho Chi Minh, przyjmując nazwę od nazwiska komunisty, który rzucił wyzwanie USA, ale sam końca zwycięskiej wojny nie dożył. Dzisiaj to miasto po trosze tradycyjne, po trosze nowoczesne. Na szczęście najmniej w nim komunizmu.

Gdyby patrzeć na miasta tylko przez pryzmat stereotypów, starsi pewnie pamiętaliby obrazy wojny wietnamskiej tak bardzo spopularyzowane przez amerykańskie filmy wojenne. Nieco młodsi widzieliby jedynie stragany i budki z tanim jedzeniem rozklonowane i u nas przez azjatyckich imigrantów.

Ale Ho Chi Minh to dynamicznie rozwijająca się wietnamska metropolia z budynkami, których nie powstydziłby się Nowy Jork czy Londyn. Jak grzyby po deszczu mnożą się wieżowce, biurowce i apartamentowce. Na ulicach pełno jest czarnych samochodów terenowych. Ich właściciele, skryci za przyciemnianymi szybami, manifestują nie tylko status materialny, ale i posiadanie wolnego czasu. O wiele szybciej dotrzemy gdziekolwiek na szybkim i zwrotnym japońskim skuterku, któremu niestraszne są korki metropolii.

Reklama

Jednak cudzoziemcy, którzy chcieliby wypożyczyć jednoślad zaliczają się do najodważniejszych podróżników odwiedzających dawne Indochiny. Trzeba mieć doprawdy nadprzyrodzone zdolności, aby z marszu umieć włączyć się w ruch prawdziwej szarańczy opanowującej miasto w godzinach szczytu. Prawdę mówiąc, nawet do przejścia przez jezdnię potrzeba odrobiny szaleństwa. Musiałem uwierzyć miejscowym, aby po prostu iść jednostajnie bez nagłych zahamowań oraz zmian kierunku marszu. O dziwo!

Sami Wietnamczycy mówią na swoje miasto Sajgon

Skutery i motorki omijały mnie bez żadnej nieprzyjemnej niespodzianki. I to nie dlatego, że moja masa skutecznie odstraszała kierujących. Drobni Wietnamczycy jeszcze sprawniej docierali na drugą stronę jezdni. Bez ran i zadrapań!

Szczególnie wymagające było to w okolicach Ben Tanh. To nie tylko centrum komunikacyjne, ale także handlowe. Największy targ miejski żyje od świtu do zmierzchu. Kupimy tu nie tylko pamiątkowe koszulki ze złotą gwiazdą, godłem Wietnamu, ale także wszelkie możliwe podróbki markowych ubrań. Albo takie, które nie przeszły kontroli jakości w szwalniach dostarczających wyrobów wielkim światowym koncernom.

Tu przez moment rzeczywiście poczułem się jak na stadionowym bazarze. Jeszcze dalszą podróż w czasie odbyłem, zwiedzając Pałac Zjednoczenia. Przez krótką chwilę był on Pałacem Wolności a wcześniej po prostu Pałacem Prezydenckim. To symboliczne wyłamanie jego bramy przez czołgi armii Północnego Wietnamu zakończyło tamtą wojnę. Teraz pałac jest obiektem o charakterze muzealnym. To w Hanoi, na północy kraju podejmowane są najważniejsze decyzje.

Łącznie z tą sprzed dokładnie 40 lat o zmianie nazwy Sajgon na Miasto Ho Chi Minh. Jednak na południu Wietnamu tylko w urzędowych sprawach wymienia się zmienioną nazwę. Mieszkańcy wolą Sajgon, z nostalgią pielęgnując zabytki z okresu francuskiego panowania.

Uliczna kuchnia jest smaczna. Nie ma po niej kłopotów

Po historycznych Indochinach wojnę przetrwały tylko niektóre budowle. To zaskakująco duża katedra Notre Dame, położony tuż obok budynek poczty głównej i gmach sajgońskiej opery. Nieliczne zabytki są przytłoczone nowoczesnymi budynkami ze szkła i stali. Przyznam, że w czasie największego skwaru chroniłem się w tych nowoczesnych budynkach w poszukiwaniu klimatyzowanego chłodu. Gdy jednak tylko temperatura spadała poniżej znośnych 30 stopni, ruszałem do knajpek położonych wprost na ulicy. Niektóre z nich pojawiały się wieczorem na ulicach słynących z barów i tanich drinków.

Targ Ben Tanh zamykał podwoje o siódmej wieczorem i w ciągu kilku minut wyrastało wokół niego zagłębie tradycyjnych restauracji i barów. Podobnie w pobliskim parku pełnym piłkarzy i grających w lokalną odmianę „zośki”. Turyści często unikają takich garkuchni. Ja nigdy nie zatrułem się sajgonkami, zupą czy nawet grillowany- mi owocami morza. Jedyną niedogodnością, do której trzeba przywyknąć, są niskie stoliki.

Miałem wrażenie, że jem wprost na poziomie ulicy. Takie siedziska u nas byłyby za niskie nawet dla przedszkolaków. Ale to nie są dziecięce rozmiary. Wietnamskie dzieci siadają na jeszcze niższych stołeczkach.

Mieczysław Pawłowicz

Ile to kosztuje

Wiza miesięczna z jednokrotnym prawem wjazdu to koszt 45 dolarów. Walutę można wymieniać na lotnisku, kurs taki sam lub lepszy niż w mieście. Tani, ale czysty hotel na miejscu to wydatek 10-12 dolarów za dwójkę. Sajgonki od 50 groszy za sztukę. Obiad to ok. 8-10 zł.

Świat & Ludzie
Więcej na temat:Wietnam | Notre Dame | Notre Dame | miasto | ben | Wietnamczycy | Sami | USA | targ

Zobacz również

  • Jest na świecie kilka dróg, które należy w życiu przejechać. Dróg kultowych. Jedną z nich jest prowadząca południowo- wschodnim wybrzeżem Australii Great Ocean Road. więcej

Twój komentarz może być pierwszy