Reklama
  • Piątek, 3 kwietnia 2015 (08:00)

    Zachwycający Kapsztad

Dla jednych to kraniec świata, dla innych – jego początek. Miejsce, w którym żar z nieba spotyka się z lodowatą wodą, a lwy żyją u boku pingwinów. Kapsztad, czyli jedność w różnorodności na krańcu świata. Perła Afryki, która nadal zachwyca. Nie znam osoby, która nudziłaby się w Kapsztadzie. To magnetyczne miejsce, do którego chce się wracać. Teraz możemy wybrać się tam razem. Zatem ruszajmy w podróż...

Siedziałam w samolocie i z wysokości 10 km spoglądałam na Afrykę, kontynent moich marzeń. Leciałam na jego kraniec, do najstarszego miasta RPA – Kapsztadu. Wiedziałam, że przeżyję tu niezapomniane chwile.

Kapsztad to rozległa aglomeracja rozlokowana u brzegów licznych zatok z wielką górą pośrodku. Aby zwiedzić miasto najlepiej skorzystać z lokalnych biur turystycznych, taksówek lub wypożyczyć samochód. Dla tych, którzy chcą poczuć się jak miejscowi, w grę wchodzi także transport publiczny. Ponoć niezbyt bezpieczny, ale ja nie mogę tego potwierdzić.

Reklama

Na Górę Stołową można się dostać dwoma sposobami. Do wyboru mamy wjazd kolejką lub kilkugodzinną wędrówkę na sam szczyt. Zdecydowałam się na spacer. I chociaż nogi dawały o sobie znać, ani przez chwilę nie żałowałam tej decyzji. Widoki po drodze rekompensowały wszystko, a gdy już dotarłam do celu, po prostu zaniemówiłam.

Góra faktycznie jest płaska jak stół

A czapa chmur, która ją okrywa, nie bez powodu zwana jest żartobliwie „obrusem”. Według legendy to rezultat zakładu pewnego obywatela miasta z diabłem. O to, który z nich dłużej będzie palił fajkę. Biały obłok jest dowodem na to, że ich rywalizacja trwa nadal. Widok z góry na Kapsztad i okolice zapierał dech w piersiach! Widać było nawet krańce Przylądka Dobrej Nadziei. Dla takich chwil warto się odrobinę zmęczyć. 

Miasto słynie też z przepięknych plaż. Najbardziej znaną jest Blouberg. To tutaj po raz pierwszy spróbowałam surfingu. Śmiechu było co niemiara! Z kolei plaże Camps Bay i Clifton są afrykańską wersją Kalifornii lub Miami. Na zachodzie jest jeszcze Mylkenbos i Atlantis, gdzie można spróbować sand-boardingu, czyli jazdy na desce... po piasku. Najwięcej turystów przyjeżdża tu, by zobaczyć Przylądek Dobrej Nadziei i Cape Point, na którym znajduje się stara latarnia morska.

Na osadzoną na szczycie potężnego klifu latarnię można wspiąć się ruchliwą ścieżką, bądź wjechać kolejką szynową. Ponownie wybrałam pieszą wędrówkę. Drogę uprzyjemniał mi mieniący się wszystkimi odcieniami zieleni ocean, a także znakomity widok na Przylądek Dobrej Nadziei. Po długiej wędrówce dotarłam na ten malowniczy koniec świata. Niestety, nie udało mi się spotkać tajemniczych małp zwanych „Baboons”, przed którymi ostrzegały znaki po drodze. Nie mogłam opuścić najbardziej wysuniętego na południowy zachód miejsca Afryki bez zanurzenia nóg w oceanie.

Mimo że afrykański upał dawał się we znaki, woda była zdecydowanie chłodniejsza niż w Bałtyku.

Skąd tutaj wzięły się pingwiny?

Przez chwilę wypatrywałam „Latającego Holendra”, statku widma, który rozbił się w tych okolicach, ale także bez skutku. Przede mną była jeszcze wizyta w kolejnym magicznym miejscu, przy plaży Boulders na obrzeżach miasteczka Simon’s Town. To właśnie tam można oglądać… pingwiny.

Pingwiny w Afryce? Niemożliwe? A jednak! W Kapsztadzie wszystko jest możliwe. Jest ich ok. 2,5 tys, mają zaledwie 50 cm wysokości i ważą 4 kg. Są urocze, leniwe i co najważniejsze nie boją się ludzi. Śmiało można robić im zdjęcia i przyglądać się z bliska. Wielu z nas Afryka kojarzy się z safari. Mnie również, dlatego nie mogłam zrezygnować z takiej przygody.

Słonie i nosorożce, żyrafy na wyciągnięcie ręki, antylopy i zebry, rodziny lwów, a także strusie przebiegające tuż przed maską samochodu. Niewiarygodne! A do tego słońce, potężne drzewa i ciągnące się jak morze sawanny. Wspaniałe wrażenia! Po kilkugodzinnej wyprawie głód daje o sobie znać. Wiedzą o tym miejscowi, stąd w okolicy na wygłodniałych turystów czeka prawdziwa afrykańska uczta z najważniejszym daniem – stekiem w przeróżnych odsłonach i wino.

Rety, jakie to wszystko było dobre! Zamiast deseru poczęstowano mnie Amarulą, czyli słynnym likierem produkowanym na bazie owocu dzikiego drzewa marula, który zawiera do 8 razy więcej witaminy C niż pomarańcze! I jak tu nie cieszyć się… zdrowym życiem?

Alicja Dopierała

Warto wiedzieć

Lot z Warszawy do Kapsztadu w promocyjnej cenie to koszt od 2400 zł; www.emirates.com. Najtańsze noclegi od 143 zł za pokój dwuosobowy ze śniadaniem.

Wstęp na Boulders Beach (pingwiny): 60 randów dorośli (ok. 20 zł) i 30 randów dzieci (ok. 10 zł).

Praktyczne informacje o Kapsztadzie: www.kapsztad.com

Świat & Ludzie
Więcej na temat:Afryka | Nie

Zobacz również

  • Tacuarembó na co dzień przyciąga jedynie amatorów tanga i jego legendy, Carlosa Gardela. Ale wszystko zmienia się w czasie Patria Gaucha, święta urugwajskich kowbojów. więcej

Twój komentarz może być pierwszy