Reklama
  • Poniedziałek, 19 stycznia 2015 (08:00)

    Zaplanuj podróż do Laosu

Niegdyś Laos zwany był Krainą Miliona Słoni. Nadal można je spotkać wszędzie. My zaczynamy niezwykłą podróż w Luang Prabang – pierwszej stolicy kraju. Zachwycają tu złote pałace, stąd w XI wieku nazywano to miejsce Xien Thong (Złotym Miastem).

Gdy król otrzymał w podarku wizerunek Buddy, nazywany Pha Bang (Święty Wizerunek), wkrótce zmieniono nazwę miasta na Luang (Królewski) Prabang.

Reklama

Pha Bang dla Laotańczyków to jak Matka Boska Częstochowska dla Polaków. Świętość największa. Posąg wykonany ze złota, srebra i brązu nie jest olbrzymem: ma zaledwie 83 centymetry. I chociaż dwukrotnie był wywożony do Tajlandii, to mimo dziejowych zawieruch wracał zawsze do Pałacu Królewskiego, gdzie znajduje się po dziś dzień.

Są plotki, że to replika, bo oryginał wywieziono do bratniej Moskwy... W pałacu jest ekspozycja rządowych podarunków podzielona w zależności od ustroju kraju przysyłającego dary. Osobno socjalistyczne, osobno kapitalistyczne.

Ciekawe, gdzie teraz ustawiono by prezenty z Polski? W Laosie magicznymi słowami są „bo penian” (nie ma sprawy) i „czek noi” (jutro). Laotańczycy żyją tu i teraz. Przeszłość minęła, a przyszłość jest nieznana. Dlatego należy uzbroić się w cierpliwość, usiłując załatwić cokolwiek w urzędzie, czy też próbując uzyskać dokładne informacje.

Chyba że trafi się na jednego z nielicznych mieszkających tu na stałe przedstawicieli Zachodu. Ruth Borthwick mogłaby spokojnie prowadzić życie australijskiej emerytki, ale uznała, że chce w życiu zrobić coś dla innych. Założyła więc organizację Lao Kids, pomagającą dzieciom w nauce. Co dzień między wioskami krąży motor wyładowany książkami, a „Biblioteka w Tuk-Tuku” jest oblegana.

Tam gdzie motor nie dojedzie, książki płyną łodziami. Aby pozyskać fundusze na działalność, Ruth prowadzi dla turystów kursy gotowania w restauracji Tamnak. A że laotańska kuchnia jest pyszna, chętnych nie brakuje! Jednak niektóre specjały raczej nie przypadną nam do gustu (smażone świerszcze, pieczone nietoperze).

Podstawą tutejszej kuchni jest ryż: pola uprawne są praktycznie wszędzie. Dlatego też jest on głównym darem przygotowywanym dla mnichów. Co dzień o świcie z klasztorów wyruszają procesje zbierające ofiary. Dawanie im posiłku jest traktowane jako zaszczyt i zasługa, więc każdy stara się obdarować jak najwięcej osób.

Choć porcje są tycie, to szczerość ofiary – ogromna. Gdy mnisi wrócą do klasztoru, na ulicach rozkłada się barwny targ. Można tu kupić warzywa, owoce, ubrania. Tylko pamiątek niewiele, bo Laos wciąż jest omijany przez masową turystykę i dopiero od niedawna biura podróży odkrywają jego atrakcje.

Jedną z nich są słonie, wciąż wykorzystywane do pracy w dżungli, gdzie nie dotrą maszyny. Coraz częściej wożą też turystów, choć tu pojawiają się moralne dylematy, bo tresura małych słoników (a tylko takie da się przyuczyć do posłuszeństwa) jest brutalna.

Dlatego jeśli chcemy mieć jakąś „słoniową pamiątkę”, lepiej poszukać słoni na nocnym targu.Oczywiście nie tych prawdziwych, monumentalnych władców dżungli. Ich podobizny ozdabiają torebki, sukienki, portfeliki – są dosłownie wszędzie! Wyrzeźbione, haftowane, malowane. Obowiązkowo z trąbą do góry, na szczęście.

Za to kulinarne szczęście znajdziemy nad Mekongiem. Dziesiątki restauracyjek oferują smażone ryby i egzotyczne warzywa. Warto skusić się na „gorący stół”, czyli opiekacz z żarem, na którym sami możemy przygotować danie.

Mając za plecami świątynie błyszczące od złota, przed sobą nurt Mekongu w kolorze kawy z mlekiem, w pełni poczujemy magię Laosu. Jego największym skarbem nie jest przyroda (choć tutejsze góry zachwycają pejzażami) ani zabytki (choć można spędzić lata na zgłębianiu ich tajemnic), lecz ludzie.

Są uśmiechnięci, życzliwi, pełni optymizmu. To właśnie ich podejście do życia tak oczarowało Ruth i dziesiątki innych przybyszy, którzy przyjechali tu na chwilę, a zostali na całe życie. W 1909 roku francuska podróżniczka Marthe Bassene opisała Laos jako schronienie dla marzycieli. Po stu latach jej słowa wciąż idealnie pasują do tego pięknego kraju.

Anna Olej-Kobus

Ile to kosztuje

Wycieczka objazdowa 14 dni Wietnam-Kambodża-Laos – 11 980 zł (np. Logos Tour).

Na własną rękę: przelot do Bangkoku ok. 3000 zł, skąd lądem dojedziemy do Luang Prabang w 3 dni lub dolecimy w 1,5 godziny (Lao Airlines,Air Asia, 350 USD).

Na miejscu: posiłek już od 4 zł, nocleg od 40 zł.

oficjalne strony: www.tourismlaos.org www.lao-kids.org

Świat & Ludzie
Więcej na temat:Laos | Matka Boska | na

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy